Czy nowa generacja gamingu już nadeszła? Ratchet and Clank Rift Apart – recenzja (PlayStation 5)
Przez szczeliny rzeczywistości, czyli recenzja Ratchet and Clank Rift Apart
Ratchet and Clank Rift Apart nie jest pierwszą produkcją wyłącznie dla PS5. Mieliśmy już m.in. Demon's Souls (ale to remake) czy Destruction All-Stars, a zupełnie niedawno – wymagający rougue-like, Returnal. Nie był to jednak tytuł, którego wykonanie i rozmach można by porównać do hitów od Sony pokroju The Las of Us czy God of War. Dało się to wyczuć – jeszcze przed premierą – po niskiej intensywności, z jaką firma promowała dzieło weteranów z Housemarque. I chyba już wiemy, dlaczego. Prawdziwa bomba miała bowiem dopiero nadejść.
I w końcu nadeszła. 11 czerwca dostaliśmy nową odsłonę serii z lombaksem Ratchetem i jego wiernym mechanicznym kompanem, Clankiem. Zgadza się, czekaliśmy na kontynuację cyklu okrągłe 8 lat, nie licząc Ratchet and Clank (PS4), reboota towarzyszącego filmowi kinowemu. Twórcy są tego świadomi, puszczając do gracza oko, gdy bohaterowie mają wziąć udział w wielkiej paradzie przygotowanej na ich cześć, w podziękowaniu za ich zasługi. Zanim wyjdą zza kulis, neurotycznie zadają sobie pytanie: „A co, jeśli wszyscy uważają, że jesteśmy skończeni? Nie osiągnęliśmy nic od tak dawna”.
Rift Apart nie jest bezpośrednio połączone fabularnie z innymi częściami serii. Co prawda, chronologicznie dzieje się po ostatniej odsłonie z PS3, czyli Into the Nexus, ale nie trzeba być obeznanym w zawiłościach poprzednich historii, aby dobrze się bawić przy tej najnowszej. Napisano ją tak, aby odnalazł się w niej i świeżak, i weteran serii, szczególnie że fabuła nie należy do przesadnie skomplikowanych.
{{"collection":{"neonet_product_ids":"358982","forceSaleble":true},"title":"tytul strony","type":"html","template":"special_gridstack_1"}}
Oto Clank naprawia dla Ratcheta Wymiaromat, który ma pomóc mu odszukać innych przedstawicieli jego rasy (w swoim wymiarze jest tym ostatnim). Oczywiście wszystko jeszcze podczas samouczka na początku gry bierze w łeb i Wymiaromat wpada w ręce Doktora Nefariousa. Ten stały bywalec serii wykorzystuje go do odnalezienia wymiaru, gdzie pozostaje niepokonany.
Niestety, ponowne uszkodzenie Wymiaromatu doprowadza do otwarcia się tytułowych międzywymiarowych szczelin, przez które przyjdzie nam podróżować, aby wzorem poprzednich przygód ratować świat ogniem i mieczem (czyli zestawem niedorzecznych spluw). A wszystko to dzieje się w takiej oprawie, jakiej jeszcze świat nie widział.
Ratchet & Clank Rift Apart na PS5 – bezapelacyjny „eye-candy”

Łatwo mi sobie wyobrazić sytuację, w której do studia Insomniac Games przychodzi emisariusz Sony z devkitem (wersją sprzętu przeznaczoną dla deweloperów) PlayStation 5 i, grożąc palcem, nakazuje wymyślić nową przygodę z Ratchetem i Clankiem. Koniecznie taką, która pokaże moc oraz nowe możliwości mającej się ukazać konsoli. Bo gra naprawdę wygląda i brzmi jak projektowana pod ten zamysł. To bezwstydny popis sprzętu Japończyków.
Tutaj nareszcie wszystko krzyczy: „Next-gen!”. Wysokie rozdzielczości, dźwięk 3D, ray tracing (technologia śledzenia promieni), soczyste kolory i głębokie czernie w HDR (High Dynamic Range), piękne efekty cząsteczkowe czy brak ekranów ładowania dzięki szybkości pracy dysku SSD, czyli pełna litania nośnych haseł nowej generacji gamingu.
Przeskakując przez tytułowe szczeliny do innych wymiarów, nigdy nie jesteśmy zmuszani do oczekiwania. Na kimś, kto przyzwyczaił się do znienawidzonego ekranu „Loading, please wait” (czyli, nie oszukujmy się, na każdym, kto kiedykolwiek grał w gry wideo), zrobi to wrażenie. Wszystko dzieje się momentalnie: w ułamku sekundy pojawiamy się w całkowicie nowym świecie załadowanym do pamięci konsoli.
Mówiąc o powalającej grafice, na myśl przychodzi mi inna premiera tytułu ekskluzywnego na konsolę Sony: zeszłoroczne Final Fantasy VII Remake. Gra, nie tylko jak na możliwości PS4, przecudnej urody (szczególnie projekty postaci), a mimo to pojawiały się w niej miejsca, gdzie aż nazbyt widoczny był jej przeciągający się latami development i prawdopodobnie droga na skróty. Do dzisiaj pamiętam niesławną paskudną teksturę rozciągającego się w dole miasta Midgar podczas misji mających miejsce na wysokościach i jak bardzo to kontrastowało z ogólnym nastawieniem gry na detal.
Mając ten obrazek (dosłownie – całkowicie płaski obrazek) w pamięci, świadomie starałem się znaleźć podobne niedociągnięcia w Ratchet & Clank: Rift Apart (ku uciesze mojej żony, dodajmy, gdy przyłapywała mnie z nosem przy ekranie telewizora). Usterek nie stwierdzono. Tekstury są ostre, nawet przy zbliżeniach w trybie fotograficznym, także na detalach, takich jak źdźbła trawy, faktury podłoża czy – moje ulubione – powiewające na wietrze włoski futra na uszach lombaksów. Przyglądałem się im z lubością przy okazji Ratchet and Clank na PS4 (2016) i już wtedy robiły wrażenie. Poczekajcie, aż zobaczycie je w nowej odsłonie na swoich wielkich telewizorach 4K. Uszy i całą resztę.
Ratchet and Clank Rift Apart na PlayStation 5 – każdemu według potrzeb

Zresztą, nie trzeba mieć najnowszego telewizora, żeby docenić warstwę wizualną nowych przygód Zapadki i Brzęku. Do dyspozycji dostajemy 3 tryby grafiki (dostępne po pobraniu łatki premierowej). Pierwszy to „Wierność odtwarzania obrazu”, czyli wyświetlanie 30 klatek na sekundę w rozdzielczości 4K i ray tracingiem + dodatkowe efekty wizualne.
Druga opcja to „Wydajność – śledzenie promieni”, tutaj mamy już 60 klatek i ray tracing, ale obniżona zostaje rozdzielczość ekranu, szczegółowość tekstur, oświetlenia i innych efektów. Ostatni tryb to po prostu „Wydajność”, gdzie tracimy ray tracing na rzecz zwiększonej rozdzielczości. Jak widać dwie ostatnie opcje przygotowano dla fanów ultrapłynnej rozgrywki oraz posiadaczy starszych modeli TV, które nie obsługują 4K. I uwierzcie mi, gra w każdym z tych trybów robi wrażenie, bez spadków płynności, cokolwiek by się nie działo na ekranie – a czasem dzieje się tyle, że trudno za tym nadążyć.
Na osobny akapit zasługuje wykorzystanie możliwości pada DualSense – oczka w głowie Sony. To nie tylko odrębne rodzaje wibracji dla poszczególnych typów podłoża i oręża, ale także inne zachowanie adaptacyjnych triggerów dla różnych rodzajów broni. Wyraźnie czuć różnicę używanej amunicji przy nacisku spustu, a także kiedy magazynek jest pusty. Wciśnięcie przycisku do połowy często pozwala nam na alternatywny tryb ognia, strzał specjalny lub po prostu lepsze wykorzystanie specyfiki wybranego narzędzia zagłady. Na konkurencyjnej konsoli tego nie uświadczymy. Xbox, co ty na to? Xbox:
Smerf Maruda, czyli co poprawiłbym w Ratchet & Clank Rift Apart

Mimo wszystko Ratchet & Clank: Rift Apart nie powalił mnie przy pierwszym kontakcie. A starałem się nie oglądać zbyt wielu zwiastunów, zwyczajnie nie chcąc psuć sobie zabawy, aby móc dać się zaskoczyć podczas właściwej rozgrywki – o ile szesnasta część serii może wieloletniego fana jeszcze czymś zaskoczyć. Jak się okazuje, może. Czekałem na moment, kiedy dołączę do chóru ogromnej większości wychwalającej graficzną i gameplayową sferę tytułu.
Chwila ta nadeszła z pełną mocą wraz z moim pojawieniem się na planecie Blizar Prime. Jej połyskujące fioletami odbitymi od otwierających się międzywymiarowych szczelin zgliszcza połączone z uczuciem znajdowania się w pozbawionej atmosfery próżni zrobiły robotę. Chcecie zobaczyć, na co stać mistrzów z Insomniac w kwestii level-designu? Sprawdźcie tę miejscówkę.
Mój opóźniony zachwyt zrzucam na karb wieloletniego obcowania z serią. Po ograniu wszystkich gier głównej linii fabularnej oraz pokaźnej ilości spin-offów na przestrzeni kilku generacji konsol Sony, cieszę się jak dziecko z powrotu lubianych postaci na salony, ale z drugiej strony trudniej mi dać się ponieść poczuciu absolutnej świeżości. Tak, technologicznie to nowa jakość, fabularnie jednak jest to dla mnie niewykorzystany potencjał.
Mamy tutaj przecież zupełnie nowe postaci, Rivet i Kit, dostające praktycznie tyle samo czasu antenowego, co Ratchet i Clank. Według mnie brakuje im jednak większego rozróżnienia – gra się nimi identycznie. Do tego stopnia, że nawet ekwipunek, zdobywane bronie czy składające się z trzech części skafandry podnoszące punkty obrony (nowość w serii) są między Ratchetem a Rivet wymienne. Także umiejętności są wspólne: jeśli jedna z postaci się czegoś nauczy, druga automatycznie będzie posiadała nowy skill, a nie tłumaczy tego zjawiska sama natura międzywymiarowych szczelin. Nie sposób również dowolnie przełączać się między postaciami. Każda z nich przypisana jest do danej miejscówki na stałe.
Mam też wrażenie, że sam pomysł oparcia fabuły na przeskakiwaniu między wymiarami dało się wykorzystać w sposób bardziej swobodny. Nieskończona ilość wymiarów to przecież niczym nieograniczone możliwości twórcze. Zdaję sobie jednak sprawę, że Ratchet i Clank: Rift Apart nie miało być rozdmuchaną rozmiarowo grą na setki godzin. Jako nie do końca liniowa przygoda na kilkanaście godzin, zachęcająca do czyszczenia mapy z dosłownie kilku pobocznych zadań, smakuje przecież najlepiej.
Pokaźny arsenał znany z poprzednich części ma też kilka nowości, pięknie prezentujących się na ekranie i tradycyjnie niedorzecznie opisywanych w sklepiku ze spluwami, w którym walutą jak zwykle są śrubki i nakrętki (tak, niepoważny ton serii jest na swoim miejscu). Ale ja osobiście chciałbym zapytać: czemu nie ma Groovitronu? Brakuje mi tej klasycznej disco-bomby, podrywającej wszystkich przeciwników do tańca wśród stroboskopowych świateł i otwierającej ich na ostrzał. To była czysta radość.
Recenzja Ratchet and Clank Rift Apart na PS5 – czy warto?

Czy Ratchet and Clank: Rift Apart to najpiękniejsza gra, jaką stworzono, jak ambitnie i nieco buńczucznie zapowiadali twórcy? Być może. Na pewno nie każdy to przyzna, jako że ocena będzie mocno zależna od estetycznego zmysłu oceniającego – nie wszyscy gustują przecież w tak bajkowo-pixarowych klimatach. Trudno jednak nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że to cud techniki – co do tego jednomyślni są także twórcy sprzętowych analiz oraz internetowi poszukiwacze „dziury w całym”. Do tego, mimo że gra ma tak kolorową otoczkę, potrafi wzbudzić emocje, nawet w takim starym pryku jak ja. W historii znajdziemy przecież potraktowany zaskakująco poważnie motyw strachu przed poznaniem własnej rodziny i porzuceniem spokojnego emocjonalnego status-quo, do którego życie zdążyło przyzwyczaić.
Rift Apart to może nie rewolucja, ale już na pewno rewelacja. Dla wielu będzie to prawdopodobnie najlepszy Ratchet and Clank (opinie graczy zdają się iść w parze z przychylnością recenzentów). Dlatego bierzcie i grajcie w to wszyscy, bowiem kolejna okazja na ekskluzywny tytuł Sony o takim rozmachu, patrząc na kolejne przesunięcia premier, może prędko nie nadejść.
Ja tymczasem wracam do grania – platynowanie „Ratcheta” do ostatniej śrubki jeszcze nigdy nie było tak przyjemne.
