NeonetNeonet
Wszędzie
Wszędzie
Telewizory i audio
Duże AGD
AGD do zabudowy
Małe AGD
Smartfony i zegarki
Komputery
Gaming
Sport
LEGO
Dom i ogród

The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom — recenzja gry

Autor artykułu: Sebastian Deli
Sebastian Deli
Zaktualizowano:
Poprzednią odsłonę serii, słusznie obsypaną nagrodami The Legend of Zelda: Breath of the Wild, uznawano przez lata za grę praktycznie idealną. Ogromna swoboda i nastawiony na eksperymenty gameplay sprawiał, że w ocenach dominowały „dziesiątki”, a sama gra sprzedała się w niemal 30 milionach kopii. Czy BotW było szczytowym osiągnięciem w historii cyklu, którego nie da się już pobić? Oto nasza recenzja The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom na Nintendo Switch.

The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom — oczko w głowie Nintendo

The Legend of Zelda 1

Niewiele jest serii, o które gigant z Kioto dba bardziej. W hierarchii gier Nintendo cykl z Zeldą w tytule zajmuje drugie miejsce, zaraz po cyklu z Mario, którego znają nawet osoby stroniące od tematu gier. Kolejne odsłony przygód uszatego bohatera w zielonym kubraczku osiągają dziesiątki milionów sprzedanych kopii, co jest tym bardziej niesamowite, że obie serie pojawiają się wyłącznie na jednym sprzęcie — konsolach Nintendo.

{{"collection":{"neonet_product_ids":"378583,379281,379283","forceSaleble":true},"title":"tytul strony","type":"html","template":"special_gridstack_1"}}

W marcu 2017 roku na rynku pojawiło się objawienie: The Legend of Zelda: Breath of the Wild, które już od pierwszych zapowiedzi podgrzewało oczekiwania fanów serii, by w momencie premiery je przebić. Ogromny świat, który zachęca do zwiedzania według upodobania (twórcy obiecywali i dotrzymali słowa: wszędzie, gdzie sięga wzrok, można dotrzeć), wolność wyboru ścieżki i następnego celu, zaskakujące mechaniki i bajeczny klimat. Ten tytuł miał to wszystko, co składało się na kwintesencję cyklu, jego ducha i założenia gameplayowe przyświecające mu od 8-bitowych początków. Sześć lat (najdłuższa przerwa między kolejnymi częściami Zeldy w historii) po wydaniu tego ulubieńca recenzentów i graczy otrzymujemy wreszcie tak długo oczekiwany ciąg dalszy.

Zelda: Tears of the Kingdom — recenzja. Czy to tylko Breath of the Wild 2?

The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom 2

The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom to wyraźny sequel Breath of the Wild. To pierwsza tak bezpośrednia kontynuacja w historii serii. Nie bez przyczyny nowa Zelda także w materiałach promocyjnych figurowała niemal do końca jako Breath of the Wild 2. Z tego powodu dało się słyszeć także głosy nieprzychylne: że Nintendo idzie na skróty, że odcina kupony, że Tears of the Kingdom to tylko DLC do Breath of the Wild. To wszystko jednak określenia krzywdzące.

Przyznam, że sam po rozpoczęciu tegorocznej przygody Linka miałem lekkie wrażenie déjà vu. To w końcu ten sam silnik graficzny, ten sam kierunek artystyczny, to samo obłożenie pada, ta sama historia (a dokładniej jej dalsza część). Zastanawiałem się więc, czy tego typu posunięcie Nintendo nie zniechęci graczy, którzy spędzili z Zeldą z 2017 roku setki godzin, zajrzeli pod każdy kamień i, niczym kundel bury, spenetrowali wszystkie dziury. Jak się miało niedługo okazać, nowości jest tak dużo, że rekompensują one z nawiązką przywiązanie twórców do assetów z poprzedniej części.

Tears of the Kingdom — gameplay. Znany świat i powiew świeżości

The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom 3

Od czasu naszego ostatniego pobytu w Hyrule kilka rzeczy zdążyło się pozmieniać. Osiągnięty w poprzedniej części wielkim wysiłkiem spokój zostaje zmącony przez tajemniczą zarazę („Gloom”), której źródło udaje się odnaleźć księżniczce Zeldzie pod samym Hyrule Castle. Nasz protagonista, Link, nie daje jej oczywiście zapuszczać się w ciemność samej, więc we dwoje próbują odkryć tajemnicę, jaka może kryć się pod ziemią. Warto nadmienić, że w tym momencie Link jest mocno „przypakowany” — posiada zaawansowany oręż i mnóstwo punktów życia. Jednak nie na długo, bo oto nagle traci nie tylko większość „serduszek”, ale także… rękę. Na jej miejsce otrzymuje nową („Ultrahand”), która będzie źródłem jego nowych umiejętności.

Tears of the Kingdom proponuje ich kilka. Do dyspozycji graczy oddano między innymi możliwość łączenia ze sobą dowolnych przedmiotów. Nie możesz dostać się na drugą stronę przepaści lub wspiąć się na skałę? Nic straconego — sklejenie ze sobą kilku kawałków drewna pozwoli się tam dostać. Aby stworzyć nową broń lub tarczę, należy skorzystać z umiejętności o nazwie Fuse, która np. z kija i kamienia potrafi stworzyć groźną maczugę. Łączyć można także strzały ze znalezionymi u przeciwników lub na polu roślinami i innymi przedmiotami, by całkowicie odmienić ich właściwości.

Link, You are our final hope!

Gra, kadr 4

Oto pozostawione przez bokobina oko przymocowane do strzały pozwoli na wytworzenie pocisku samonaprowadzającego. Chcąc przemierzać górzyste tereny i jaskinie, trzeba pamiętać o umiejętności Ascend, która umożliwia przeteleportowanie się na kładkę lub półkę bezpośrednio nad nami. Kolejna zdolność to Recall, czyli swojego rodzaju cofnięcie czasu czy też odwrócenie ruchu przedmiotu. Ciekawie wypada to w przypadku znalezienia kamienia, który spadł na ziemię z nieba. Wskakując na niego i używając na nim Recall, otrzymamy możliwość szybkiego przetransportowania się na podniebną wyspę, z której spadł. Takich smaczków w nowej Zeldzie jest mnóstwo, a odkrywanie kolejnych przynosi czystą radość.

Wszystkie te umiejętności przekładają się na zupełnie nowe doznanie gameplayowe. Możliwości ich łączenia i wykorzystania są nieskończone — w Internecie można już znaleźć mnóstwo przykładów najbardziej szalonych pomysłów graczy z całego świata, od broni po wehikuły, przydatnych w czasie walki lub eksploracji albo stworzonych dla czystej przyjemności. Jestem przekonany, że o wielu nie śniło się nawet samym twórcom. Często napotkamy składziki z częściami do budowy, a ograniczać nas będzie tak naprawdę jedynie nasza wyobraźnia. I to właśnie dla wielu osób będzie trzon rozgrywki w nowej Zeldzie. Mapa gry znów jest przeogromna, do tego dużo bardziej wertykalna niż w Breath of the Wild — spora część gry odbywa się w przestworzach na większych i mniejszych fruwających wyspach, a także pod ziemią, a towarzyszyć nam będą nowi kompani… ale zbyt wiele zdradzać nie będę.

Zelda: TotK — recenzja. Czy to już pora na nowy Nintendo Switch?

The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom 5

Tears of the Kingdom wygląda dokładnie tak samo, jak Zelda z 2017, to fakt. Z jednej strony to świetnie — kierunek artystyczny Breath of the Wild to wciąż czołówka światowa i łatwo rozpoznawalny unikat, a stworzenie tak obszernego świata na sprzęcie, jakim jest Nintendo Switch, to wyczyn imponujący. Z drugiej strony, powracają problemy znane z poprzedniej odsłony: tak ambitne rozmiary pola naszych działań wymagają od konsoli pracy na najwyższych obrotach, czasem życząc sobie zbyt wiele. Wtedy animacja lubi sobie „chrupnąć”.

Podczas zwiedzania ogromnej mapy w Tears of the Kingdom zdarzyło mi się także na dłuższy czas zgubić z powodu nie do końca czytelnych oznaczeń celów misji. Ta wada interfejsu może skutkować niepotrzebnym błąkaniem się gracza po rozległych terenach dostępnych w nowej Zeldzie, ale rozumiem też, że jest to zgodne z duchem produkcji.

Trzeba być także uważnym, jeśli chodzi o wytworzone przez nas dzieła. Nie wiem, czy to wynik ograniczonej pamięci sprzętu czy niezależna decyzja deweloperów, ale dość łatwo można stracić wytwory swojej pracy. Czasem z własnej winy, czasem przez roztargnienie, ponieważ nasze kreacje znikają nie tylko w momencie śmierci Linka, ale także w przypadku zmiany pory dnia przy ognisku, co potrafi frustrować. Jeśli nie ma w pobliżu więcej materiałów lub nie zabraliśmy ich ze sobą w plecaku, trzeba szukać innych rozwiązań na miejscu, np. automatów z losowymi przedmiotami do budowy, co także jest kontrowersyjną decyzją twórców. Da się do tego jednak przyzwyczaić i szybko wyrobić sobie nowe nawyki, aby następnym razem być lepiej przygotowanym do niespodziewanej sytuacji.

The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom — recenzja. Podsumowanie

The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom 6

Fabuła, tradycyjnie już dla serii, nie jest tu najistotniejsza, mimo że typowych set-piece’ów narracyjnych jest tutaj więcej niż w Breath of the Wild. The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom to znów tytuł, w którym ważniejsza od celu jest wędrówka: rozwiązane po drodze zagadki, napotkani bohaterowie, opcjonalni bossowie do ubicia, eksperymentowanie z nowymi umiejętnościami i fizyką w grze, a przede wszystkim czysta radość z odkrywania i świadomość, że do punktu docelowego prowadzi więcej niż jedna droga. Nie ma złych pomysłów. Do tego to bajeczny świat, w którym wciąż są księżniczki do uratowania, a w każdej jaskini czeka potwór i pilnowany przez niego skarb.

Czy Tears of the Kingdom sprzeda się lepiej niż Breath of the Wild? Recenzje są równie entuzjastyczne, co 6 lat temu, głośno jest też o kolejnych sprzedażowych rekordach, jakie bije nowa Zelda. Nic w tym dziwnego: twórcy z Kioto znów wrzucili nas do prawdziwie sandboxowego placu zabaw, w którym odnajdą się zarówno osoby chcące dać upust swojej kreatywności, jak i gracze stawiający na bardziej standardową rozgrywkę singleplayer. Dla fanów poprzedniej części — pozycja obowiązkowa, brać w ciemno! I znów możemy być pewni, że za kilka miesięcy Zelda: Tears of the Kingdom tradycyjnie zasili listy kandydatów do nagród Game of  the Year.

{{"prosCons":"{}"}}

FAQ

The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom 7

The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom — premiera. Kiedy i na co wyjdzie nowa Zelda?

Po 6 latach od Breath of the Wild możemy zagrać w kontynuację. Tytuł ukazał się jedynie na Nintendo Switch, co jest normą dla serii — nie można w nią zagrać na żadnej innej konsoli. Premiera gry miała miejsce.

Zelda: Tears of the Kingdom — edycja kolekcjonerska. Co znajduje się w kolekcjonerce nowej Zeldy?

Najwięksi fani sięgną zapewne po najbogatsze wydanie Tears of the Kingdom. Do edycji kolekcjonerskiej nowej Zeldy wpakowano samą grę, steelbook, artbook, plakat oraz zestaw czterech przypinek.