Final Fantasy VII Rebirth — recenzja. Spełnione dzieło czy niepotrzebne bluźnierstwo?
Final Fantasy VII Rebirth — recenzja. Ambitnego remaku ciąg dalszy
Pamiętam to doskonale: kiedy na E3 2015 pojawiła się zapowiedź długo wyczekiwanej — i wprost żądanej latami przez fanów — odświeżonej wersji kultowego Final Fantasy VII, świat oszalał. Sieć (a na pewno gamerską bańkę informacyjną) zalały filmiki z reakcjami dziennikarzy i youtuberów na ten niespodziewany zwiastun. Emocje sięgały zenitu, łzy wzruszenia lały się obficie po influencerskich policzkach. Trudno się dziwić: FF7 to w końcu najbardziej ubóstwiana odsłona serii, a jednocześnie gra, którą wielu uznaje za szczytowe osiągnięcie gamingu w ogóle. Nie stawiało to Square Enix w łatwej sytuacji — trzeba było jednocześnie zadowolić starych wyjadaczy, dla których siódmy „Fajnal” to rzecz o boskim statusie, a także nową bazę graczy. W końcu oryginał powstał w poprzednim stuleciu.
Jak wyszło, już wiemy. W 2020 roku ukazał się Final Fantasy VII Remake, zbierając przytłaczająco pozytywne recenzje, niesamowicie uwspółcześniając znane wszystkim fanom wydarzenia. Zaskoczeniem był jednak fakt, że to dopiero jedna trzecia pierwotnej historii, jako że remake podzielono na trzy odcinki. Nie było to również nabożne przepisanie gry 1:1 — bardzo szybko okazało się, że twórcy (z Tetsuyą Nomurą na czele) nie mają zamiaru posłusznie oklejać jedynie oryginału w nowe tekstury. Ambicje były dużo większe.
{{"collection":{"neonet_product_ids":"385468,385469","forceSaleble":true},"title":"tytul strony","type":"html","template":"special_gridstack_1"}}
FF7 Rebirth idzie drogą wytyczoną przez FF7 Remake
Większość z nas dobrze pamięta finał pierwszej części odświeżonej trylogii. Ostatnia walka nie była tylko mierzeniem się z głównym antagonistą gry, charyzmatycznym Sephirothem, ale także ze strażnikami przeznaczenia w postaci duchów pilnujących, by wydarzenia biegły ustalonym z góry torem, jak w greckiej tragedii. Łatwo w nich odnaleźć nawiązanie do oczekiwań graczy względem fabuły nowej wersji gry: przecież pierwotna historia traktowana jest z najwyższą nabożnością, znamy jej przecinki i kropki i nie lza ich zmieniać!
Strażnicy ostatecznie giną, otwierając przerażające pole nieskończonych możliwości. Skoro już nikt nie pilnuje ustalonego porządku, kontynuacja — czyli Final Fantasy VII Rebirth — mogła zabrać znanych bohaterów w dowolnym kierunku. Wydarzenia zatem nie dzieją się dokładnie tak, jak zostało to wypalone na naszych siatkówkach ponad 20 lat temu. Podobnie jak w FF7 Remake, mimo że historia biegnie torem zbliżonym do oryginalnego, czeka na nas pokaźna dawka zaskoczeń, a ich doświadczanie jest jednym z najprzyjemniejszych elementów rozgrywki FF7 Rebirth.
Jednocześnie widać doskonale, że Nomura podjął się arcytrudnego zadania połączenia kilku odsłon FF7 z Dirge of Cerberus i Crisis Core na czele, nie zapominając też m.in. o filmie Advent Children. Każda postać dostaje tu więcej czasu, wątki są bogato rozbudowane, więc nie ma mowy o pośpiechu.
Jak za jednym zamachem przebić swoje dokonania oraz najśmielsze oczekiwania innych? Tetsuya Nomura prezentuje
Przygodę w najnowszym „Fajnalu” rozpoczynamy tam, gdzie ją poprzednio skończyliśmy: z rozdartego nierównościami społecznymi miasta Midgard wychodzimy do otwartego świata, co też jest nowością dla „siódemki”, po czym kontynuujemy poszukiwanie enigmatycznego Sephirotha. I cóż, Square chyba nie zna określenia „po łebkach”. Rozmiar gry przytłacza — już sam fakt, że produkcję zapisano na dwóch dyskach Blu-ray, każe podchodzić do niej z szacunkiem (tak jak w przypadku oryginału na PS1 i niespotykanych 3 płyt CD). Zaskoczeniem jest nie tylko wielkość samej mapy, którą można eksplorować, (co ważne, do poszczególnych lokacji można wchodzić bez jakiegokolwiek ekranu wczytywania!), ale także liczba dostępnych aktywności.
Wychodząc z Kalm (jakże pięknie je zaprojektowano, prawda? Człowiek chciałby tam mieszkać), uderzyć może rozmiar mapy, jaki się przed nami otwiera. Ten „ubi-element” Rebirth jest całkowitą nowością dla serii, ale, co ciekawe, jest niemal w pełni opcjonalny. Możemy omijać wszelkiego rodzaju dodatkowe misje i aktywności, biegnąc od razu do kolejnego rozdziału fabuły, ale pominiemy w ten sposób wiele surowców, które czekają rozsiane na mapie (a które można craftować w różnego rodzaju przedmioty pomocnicze). Oraz czy ktoś oprze się urokowi „baby Chocobosów”, proszących nas o naprawienie przystanków dla tych przerośniętych kurczaków? Nie chciałbym poznać czerni, jaka przenika serce tak nikczemnej osoby.
Final Fantasy VII Rebirth to dużo więcej niż tylko główny wątek fabularny
Co więcej, każda poboczna aktywność się po prostu opłaca. Jako fanty czekają na nas nie tylko nowe bronie, surowce czy materie, ale też np. obniżenie trudności walki, jaką trzeba wygrać, by zdobyć kolejnego summona (czyli potężne bóstwo, które możemy przyzywać w trakcie potyczek. Tak, animacje ataków wciąż porażają).
Świat przemierzamy na ukochanym przez fanów wierzchowcu: przypominającym połączenie kurczaczka wielkanocnego ze strusiem, przerośniętym ptaku Chocobo. To już samo w sobie zachęca do eksploracji i zaliczania kolejnych „ikonek na mapie”. Gra karciana zaimplementowana w FF7 Rebirth to klasa sama w sobie. Uwielbiałem te potyczki i gdyby Square Enix zdecydowało się wydać tę karciankę jako osobny tytuł, brałbym go jak w dym.
Ciekawym zabiegiem jest też system relacji z członkami drużyny, których postęp wyświetla się niekiedy w postaci ikonki nad głowami postaci. Dynamiczny trójkąt, łączący Clouda z bardziej przebojową członkinią ruchu oporu Tifą i uduchowioną kwiaciarką Aerith, to wciąż serce tej pajęczyny zależności — wybór między jedną a drugą wydaje się tak samo niemożliwy jak ponad dwadzieścia lat temu. Pójdę o zakład, że momentalnie spocą Wam się dłonie przy ograniczonych czasowo wyborach dialogowych, mających wpływ na zależności, jakimi związane są te nieśmiertelne postaci.
Final Fantasy VII Rebirth — gameplay. Jak się w to gra?
Gracze pamiętający minigry z oryginalnego FF7 nie będą zawiedzeni. Tutaj też znajdziemy ich masę: pogramy na pianinie, postrzelamy do celu, pościgamy się na Chocobo, zagramy w strategie typu Tower Defense, a nawet w odpowiednik mojego ukochanego Rocket League, tocząc piłkę po boisku. Duch oryginału w tym temacie został jak najbardziej zachowany, a także mocno rozbudowany, jak właściwie wszystko w tym ambitnym projekcie. Tak jak poprzednio również — FF7 Rebirth nie wstydzi się być grą. Do tego stopnia, że niektóre akcje dorównują szaleństwem wyczynom SEGI. Koniecznie grajcie w karty na statku! Podziękujecie mi później.
System walki w Final Fantasy VII Rebirth to połączenie nastawionej na wysoką adrenalinę akcji oraz znanej z serii turowej, nastawionej na strategię, rozgrywki. Co prawda oczywiście staramy się jak najszybciej zadać jak najwięcej obrażeń przeciwnikowi, ale jednocześnie nabijamy znany pasek ATB, aby dzięki niemu wykonać silniejsze ataki, używać przedmiotów czy rzucać czary. Nowe umiejętności można odblokowywać na „drzewku” przypominającym nieco „sphere-grid” z FFX, a znane z FF7 Intergrade ataki łączone są dostępne i tutaj, zaskakując widowiskowością. A wszystko to w stałych 60 (tryb wydajności) lub 30 klatkach na sekundę (tryb jakości).
Final Fantasy 7 Rebirth — Piękna czy bestia?
Seria zawsze była graficznym benchmarkiem gier wideo — szczególnie jeszcze w czasach, kiedy pecetowcy mogli zazdrościć konsolowcom w tej kwestii (tak, były takie!). Kiedy Square Enix udostępniło przedpremierowo demo FF7 Rebirth, pojawiły się głosy zaniepokojenia, szczególnie w kwestii trybu wydajności. Grających w wersję demonstracyjną przed premierą uspokajam: jest lepiej.
Jednak trzeba to powiedzieć głośno: nowy „Fajnal” stoi pod względem grafiki w pewnym rozkroku. Design lokacji, otwartego świata, postaci, animacji i wstawek filmowych to wciąż najwyższa światowa półka. Jednak dość często zobaczymy w tym pięknym świecie pewne pęknięcia, jak np. rozmyte tekstury na ścianie urwiska (otoczone teksturami wysokiej jakości), przenikanie się obiektów czy lekkie drżenie niektórych tekstur na zbliżeniach.
Podejrzewam, że to kwestia skali projektu. W pierwszej części remaku z 2020 roku nie przemierzaliśmy tak bogatych w detale, otwartych przestrzeni — a jak napomknąłem już wcześniej, wchodzenie do miast nie jest poprzedzone żadnym ekranem logowania, to całkowicie płynne przejście, co powinno robić wrażenie. W grach tych rozmiarów często da się zauważyć mgłę pokrywającą odległe tereny (patrzę na Ciebie, Horizon Forbidden West). Tutaj tego nie doświadczymy. Żeby była jasność: gra mimo to w każdym trybie robi ogromne wrażenie, a przepych i pieczołowitość, z jaką zaprojektowano te postaci i świat, nie są często spotykane.
Final Fantasy VII Rebirth — recenzja. Podsumowanie
Ta recenzja mogłaby mieć jeszcze kilka tysięcy znaków, a i tak żadne słowa nie oddadzą tego, co czeka na gracza w Rebirth. To przeogromny, kompletny, niesamowicie ambitny i wykonany z sercem projekt. To jedna z tych gier, dla których kolejne zarwane noce wydają się najrozsądniej spędzonym czasem, a próba opowiedzenia o nich komuś, kto z grą nie miał styczności, wydaje się z góry skazana na skrajne niezrozumienie. To tytuł, który nie kończy się na napisach. Po pierwsze — oferuje mnóstwo dodatkowej zawartości do odkrywania. Po drugie — z powodu emocji, które potrafi wzbudzić, pozostaje z graczem na długo.
Czego tu nie ma? To opowieść o szukaniu tożsamości, stracie, zemście, miłości, nierównościach społecznych i zagrożeniach ekologicznych, a jednocześnie, a raczej przede wszystkim, Wielka Przygoda. Tak, Final Fantasy VII, mimo że w nowych fatałaszkach, to wciąż tytuł, który nie tylko trzeba samemu zobaczyć i usłyszeć, ale także poczuć. I kolejny dowód na to, że gaming, jak żadne inne medium, potrafi pozostawiać w nas tak odczuwalny przez lata ślad.
{{"prosCons":"{}"}}
FAQ
Final Fantasy VII Rebirth — premiera
Długo oczekiwana Final Fantasy VII Rebirth, druga część remaku FF7, ujrzała światło dzienne 29 lutego 2024. To zaskakująco szybko, patrząc na jej rozmiary względem poprzedniej, dużo mniejszej odsłony.
Final Fantasy VII Rebirth — opinie
Recenzje FF7 Rebirth są zniewalająco pozytywne: ocena na Metacritic w momencie pisania tego tekstu to 93 z dopiskiem „Must Play”. W opiniach recenzentów łatwo natrafić na oceny 10/10, a w historii serii tylko kultowe Final Fantasy IX z 2000 roku posiada wyższą notę na tym popularnym portalu — 94 punkty.
Final Fantasy VII Rebirth — Deluxe Edition. Co znajduje się w wersji rozszerzonej?
Najwięksi fani Clouda i spółki będą pewnie chcieli doświadczyć nowej gry wszystkimi zmysłami. Dla nich przeznaczona jest edycja Deluxe, zawierająca, oprócz samej gry, kolekcjonerskie pudełko, płyta z wybranymi utworami ze ścieżki dźwiękowej oraz piękny artbook w twardej oprawie. To wszystko pomoże na pewno powracać do tego niepowtarzalnego świata także w chwilach, kiedy nie da się zagrać.
Final Fantasy 7 Rebirth — język polski. Czy polska lokalizacja jest dostępna w nowym „Fajnalu”?
Po tym, jak Atlus ostatnimi czasy przez dodanie napisów zlokalizował swoje flagowe tytuły RPG, takie jak Persona 3 Reload czy Persona 5 Strikers, fani Square liczyli na pewno, że twórcy Final Fantasy VII Rebirth podążą tym tropem. Niestety, na tę chwilę na ekranie nowej gry Square nie ujrzymy napisów w języku Piastów.
Czy muszę grać w poprzednie części, żeby zagrać w Final Fantasy VII Rebirth?
Niekoniecznie. Fabuła FF7 Rebirth zaczyna się tam, gdzie kończył się FF7 Remake, więc można zaliczyć chociażby tę ostatnią odsłonę. Ale nie jest to niezbędne — w nowej grze znajdziesz bardzo zgrabne streszczenie poprzedniej części. Interquel, czyli FF7 Intergrade wprowadzający postać Yuffie, w moim odczuciu też nie jest niezbędny. Jeśli nie jesteś dinozaurem, który przechodził oryginalne FF7 w okolicach premiery (tak jak np. ja), nie martw się. Remake i szczególnie Rebirth to gry tak kompletne, że samowystarczalne. Przejście poprzednich części i dema da Ci jednak wymierne korzyści do wykorzystania w Rebirth, takie jak nowe materie summonów.
